niedziela, 21 sierpnia 2016

Placki z cukini

Cukinia w tym roku w babcinym ogródku obrodzila, zatem pochłaniamy ją w wielu postaciach. Najczęściej jednak króluje u nas w postaci placków, które smakują zarówno na ciepło, jak i na drugi dzień na zimno. Doskonale dlatego sprawdzają się jako drugie śniadanie czy przekąska.

Placki w wersji oryginalnej były z marchewką, jednak nam ten skład nie przypadł do gustu, dlatego pozostała sama cukinia, ale za to z większą niż w wersji oryginalnej ilością czosnku.


Skladniki (na wersję podstawową):
1 cukinia (wielkością taka, jak najczęściej można dostać w sklepie)
2 jajka
2-3 ząbki czosnku
1 mała łyżeczka soli
mąka do uzyskania odpowiedniej konsystencji (u nas najczęściej mniejsza część pszennej i pozostała część razowej żytniej lub pszennej, zależnie od tego, co mamy w domu)
 


Cukinię myję i ścieram na tarce na dużych oczkach, solę i dodaję jajka. Całość mieszam.
Ponieważ cukinia puszcza wodę pod wpływem soli, dosypuje mąkę do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Smażę na nagrzanej patelni ceramicznej nasmarowanej olejem np.z pestek winogron.
W trakcie przygotowywania placków, ciasto zmienia konsystencję, dlatego dosypuje mąkę. Proces ten jest mniej widoczny, gdy użyjemy mąki razowej, która "wciąga" większą ilość wody. Dodatkowo polecam smażyć placki na mniejszym ogniu, ale za to ciut dłużej, aby dobrze "wyschły".


Napisalam, że jest to wersja podstawowa, gdyż jeśli cukinia jest większa, zwiększamy ilość jajek, soli i czosnku, no i mąki oczywisvke. Wszystko zależy też od tego czy placki będą dla dorosłych czy dla dzieci, które mogą nie akceptować zbyt ostrego smaku.

Placki zajadamy najczęściej ze śmietaną lub jogurtem naturalnym :)

Smacznego!


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

domowa nutella :)

Kiedy robi się chłodniej, wszyscy mamy zwiększone zapotrzebowanie na słodkości. Najlepszym naszym przysmakiem jest nutella, ale taka nasza, domowa, ze znanymi nam składnikami.
Tak na prawdę oryginalny przepis nazywa się "pastą z cieciorki", jednak u nas funkcjonuje pod bardziej komercyjną nazwą ;)

Domowa nutella


Co jest potrzebne?
- 2 szklanki ugotowanej ciecierzycy,
- szklanka orzechów (2/3 laskowych i 1/3 nerkowcow),
- 3 duże łyżki oleju z pestek winogron (ma słodki posmak, idealny do tego słodkiego smarowidła),
- 1/2 łyżki karobu (ew. może być kakao prawdziwe, nie rozpuszczalne) - u nas jest zawsze więcej, bo lubimy bardziej aromatyczne czyt. czekoladowe :D,
- 1,5 szklanki daktyli i rodzynek (polecam proporcje 1szklanka daktyli i 1/2 rodzynek),
- woda do uzyskania odpowiedniej konsystencji.

Prace rozpoczynamy od namoczenia ciecierzycy (co najmniej 12 godzin), a następnie ja gotujemy ok.2 godzin. Wodę z gotowania zostawiam. Ale o tym do czego, napiszę innym razem ;)

Jeśli chcecie, mozecie skorzystać z ciecierzycy w puszce lub w słoiku. Gotowy jest on do użycia.


Przechodząc do meritum czyli właściwe przygotowanie nutelli.

Ciecierzycę, orzechy, rodzynki i daktyle mieliśmy w maszynce do mielenia, jeśli nie macie, polecam rozdrobnić wszystkie twarde składniki, a daktyle dodatkowo zalać gorącą wodą i pozostawić na kilka chwil. Całość najlepiej zmielić w malakserze lub kubku od blendera, zależnie co macie w domu, jeśli jednak jest to mały pojemnik, polecam "robienie na raty". Na końcu będzie potrzebny jednak pojemnik, by połączyć wszystko i dodać olej, karob i wodę (po moczeniu daktyli najlepiej wykorzystać tę wodę). Z dodawaniem wody warto być ostrożnym, aby nie zrobić "ciapki" zamiast pasty ;)

Na koniec pozostaje próbować, smakować, zajadać.... :)



Z podanych proporcji, wychodzi dość duży pojemnik, ja czasem mrożę nadmiar, by w chwili potrzeby wyjąć i zajadać :D




Smacznego słodkiego! :)

środa, 10 sierpnia 2016

Tarta z borówkami :)

Dziś chciałam polecić przepis z blogu AgaMaSmaka na tartę z borówkami.
Ale w wersji takiej zdrooowej ;)



Lubię obserwować innych i ich wyczynania kulinarne i chętnie korzystam z ich pomysłowości. Dziś wypróbowana tartę z czterech składników - kaszy gryczanej niepalonej, daktyli, dojrzałych bananów i borówek. Szczegóły znajdziecie tutaj.

Ja polecam, bo bardzo nam smakuje! Nawet z mniejszą ilością daktyli.... ;)


wtorek, 9 sierpnia 2016

Fasolka szparagowa

Jak robić przetwory? Najlepiej wspólnie!

Małe rączki bardzo lubią być pomocne :) a obcinanie końcówek fasolki nie należy do trudnych zadań, więc radzą sobie doskonale i nawet urządzają wyścigi!


Fasolka najlepiej wg nas przechowuje się w zamrażalniku, zblanszowana, odcedzona i zapakowana w woreczki.
Próbowałam już kilkakrotnie przechowywać zapasteryzowana w słoikach w osolonej zalewie, jednak zawsze miała kwaśny posmak i nie nadawała się do jedzenia.... Widać nie trafiłam jeszcze na dobry przepis ;)

Pesto zielone

czyli przygoda z jarmużem ;-)


Dziś na tapecie, a raczej na kuchennym blacie, króluje pesto w kolorze soczystej zieleni :)
Ale nie jest to wersja tradycyjna z bazylią, czosnkiem i orzechami pini (które notabene zawsze zastępuję prażonymi orzechami arachidowymi).
Dziś wersja z jarmużem :)

Co potrzebne? Jarmuż, niestety wagowo nie potrafię określić jego ilości, powiedzmy większy pęczek (u nas był ogrodowy), odrobina bazylii - ok. 8-10 dużych liści, 4 ząbki czosnku, odrobina sera typu parmezan (lub innego długodojrzewającego), orzechy arachidowe prażone i nerkowca - ok. 1 łyżka każdych, odrobina (może być większa) podprażonych i ostrudzonych pestek dyni i słonecznika, olej i sól wg uznania. Z solą najlepiej ostrożne, bo łatwo przesolic pesto, a olej dolewamt do uzyskania właściwej konsystencji.

Całość wkładamy do kubka-blendera, najpierw liście, później czosnek, ser i orzechy. Na wierzch odrobina soli i zalewamy dookoła olejem, aby łatwo się blendowało.

W trakcie mieszania będzie widać czy potrzeba więcej oleju - nie będzie tworzyła się konsystencja pasty :)



Na koniec pozostaje spróbować i ewentualnie dodać soli wg uznania. Jeśli nie lubisz ostrych potraw, ilość czosnku można śmiało ograniczyć do 1-2 ząbków, tak, by oswoić się z nowym smakiem ;)

A z czym jeść?
U nas najczęściej tradycyjnie do makaronu dodajemy, lekko wilgotny, tylko odlany makaron łączymy z pesto, które pod wpływem temperatury i odrobiny pozostałej wody ładnie się "rozpuści" i rozprowadzi.
A ostatnio moim faworytem stał się ser z pesto.... :D Więc dziś na kolację będą grzanki z chleba razowego posmarowane pesto i przykryte plasterkiem sera..... ;-) Już zgłodniałam! Mniam!

piątek, 5 sierpnia 2016

o.....górkowy szał!


O, i się zaczyna!
Sierpień czytaj miesiąc ogórków :) to znaczy czas obfitości zielonych i pakowania ich w słoiki ;)
Dobrze, że co poniektóre dzieci lubią toto zielone i pomogą w zjedzeniu tego, co urosło za duże, za szybko, za dużo i nie zdążyło zostać zapakowane w szklane inkubatory ;)

No ale skoro już są i to w obfitości, trzeba je utylizować...a najlepiej przerabiając je na coś lepszego :D

Póki nie najemy się malosolnych, kiszonych nie będzie! A co! ;)

Zatem dziś pierwsze WŁASNE poszły w ruch :)

 A przepis...?  Hmmm... Cokolwiek ktokolwiek napisze, będzie to najlepszy przepis, bo jego ulubiony. U nas jednak ani kiszone ani małosolne bez czosnku, chrzanu, kopru, liści chrzanowych i kwitnącego kopru nie przejdą :)

Zatem pakujemmy toto zielone ogórków szaleństwo do słoja (kiedyś jeszcze nawet pakowane one-zielone były do glj innych garnuszka, ale kwiatki w nich wyrosły....!!!) I dorzucamy korzeń chrzanu, podkrojony ciut ciut, coby szybciej smak oddał, czosnku kilka ząbków, także pokrojonych co najmniej na pół, liście Chrzanowie i koper z dużą ilością tego co się sypie ;)
Całość zalane jest  ok 1,5 litra wod, a do tego sól - po pół łyżeczki na każde pół litra gorącej lub wrzącej wody. Całość zakręcamy, niezbyt szczelnie, lub nakrywamy talerzykiem, coby ciekawskie i wszędobylskie muszki-owoocowki się nie zadomowiły w tej okolicy ;)

Według co poniektórych ogórki dobre są już po godzinie.... ;) Ja jednak poczekam do jutra :) z utęsknieniem :) :) :)

Tak czy siak będzie pysznie!




wtorek, 2 sierpnia 2016

Śliwkowy lipiec.... :D


Śliwki w lipcu?!

Bardzo często słyszę to pytanie, szczególnie, gdy na początku słonecznego lipca częstuję bliższych i dalszych tymi owocami, ale tak się składa, że u rodziców w ogrodzie rośnie taka cudne drzewo, które o tej porze roku właśnie owocuje i cieszymy się tymi owocami od początku wakacji do jesienie, gdy dojrzewają późniejsze odmiany.

Śliwki poza codziennym pałaszowaniem, według mnie, nadają się doskonale zarówno na przetwory, jak i do ciast, jednym z których chciałam się podzielić... a może dokładniej przepisem, gdyż ciasto już praktycznie zniknęło za sprawą moją jak i Pana Franka ;)

A więc mój przepis na "placek" ze śliwkami? Wersji jest dużo i różnych, ale do tych owoców najczęściej sięgam po przepis z kruchym ciastem, z maślaną nutą w tle, niepozbawioną innych aromatów, o których za chwilę.


Kruche ze śliwkami i migdałową kruszonką
ciasto:
250g mąki
200g masła
3/4 szklanki cukru (u mnie brązowy)
1,5 łyżeczki domowego cukru waniliowego (ew. aromatu waniliowego)
2 jajka
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Masło ucieram z cukrem, dodaję po jednym jajku, cukier waniliowy, a następnie mąkę z proszkiem do pieczenia. Całość na około 1 godziny wkładam do lodówki lub zamrażalnika - wtedy ciut krócej, aby ciasto zbyt mocno nie stwardniało.

 
owoce:
śliwki - ilość zależna niestety od ich wielkości, większych ciut więcej, bo i pestka większa i cięższa, ale około 500g - wydrulowane, przepołowione
1 łyżka mąki ziemniaczanej
cynamon, kardamon - w ilościach wg uznania i tolerancji ;-)

Wydrylowane owoce łączę z mąką wymieszaną z przyprawami, u mnie tych drugich zawsze jest dość dużo!



kruszonka:
paczka migdałów mielonych
ok. 40-50g masła miękkiego
ok. 50g cukru
ok.100g mąki

Z powyższych składników widelcem "ugniatam" kruszonkę dodając mąkę w razie potrzeby, jednak podstawową bazą, do której się dostosowuję, są migdały. Kruszonka po połączeniu składników musi lekko lepka, nie tak jak typowa kruszonka do ciasta drożdżowego, która jest dość sucha ;)


Schłodzone ciasto układam na małej formie prostokątnej (ok. 20X25cm), bez tworzenia brzegów, na płasko, na tym układam owoce oprószone mąką ziemniaczaną wymieszaną z przyprawami, a następnie układam kruszonkę, bo tej kruszonki nie da się rozsypać ;)

Całość piekę w temperaturze 180 st.C ok 45-55 minut, w zależności od rodzaju piekarnika, wilgotności owoców i poziomu, na którym wstawimy ciasto - aż do cudnego zapachu ciasta w domu, tudzież zrumienienia się brzegów i wierzchu :)






Smacznego!

 

sobota, 4 stycznia 2014

Noworoczne życzenia....! :-)

Troszkę spóźnione, ale spieszę by złożyć wszystkim Noworoczne życzenia :-)

Nastał Nowy 2014 Rok :-)
Wiele osób już zauważyło, że suma cyfr daje liczbę 7 uznawaną za liczbę szczęścia... SIEDEM to pełnia, całość, doprowadzenie czegoś do końca... Tak bynajmniej pisze Wikipedia ;-)
Dla mnie 7 zawsze była ważna... Podobnie jak 4 :) Zawsze jest blisko... Wiele wydarzeń, miejsc, osób jest z nią związanych...

Zatem na ten "SIÓDMY" ROK 2014 chciałabym złożyć życzenia,
by nie zabrakło Wam...
                   ...marzeń, o które warto walczyć,
                       ...radości, którą warto się dzielić,
                            ...przyjaciół, z którymi warto być,
                                  ...nadziei, bez której nie da się żyć!
Tego życzę też sobie... :-)


A ja do świętowania tego Nowego Roku jak zwykle, od kiedy powstał ten blog, upiekłam sernik. Oczywiście królewski :-)

W tym roku jednak, forma tortowa "pojechała" na święta i z nich nie wróciła, ale za to była maleńka forma tortowa, którą Córcia dostała od mikołaja, więc chociaż ta forma pozwoliła, by sernik choć trochę przypominał właściwą formę...! Pozostała część, wylądowała w formie prostokątnej... Brzydko... ale smacznie! Jak zwykle zresztą - ten sernik jest wyjątkowo pyszny! Do tego ciut, ciut zmniejszona ilość cukru, dałam 350g, no i duuuużo orzechów - włoskie i migdały....! Mniamniuśnie :):):):)

Oczywiście do sierotka dodałam skórki cytrynowej, a na wierzchu znalazła się ostatnia porcja własnoręcznie robionej skorki pomarańczowej... Dodana z lekkim bólem serca, ale i nadzieją i oczekiwaniem na nowe Sycylijskie pomarańcze!! :-)


czwartek, 26 grudnia 2013

Powroty....

...bywają trudne :-)

Mój powrót tu ma miejsce prawie 3 lata od pierwszego postu... i podobnie jak wtedy, jest późno...
Za oknem ciemno, w domu ciepło... :-)
Trudno znaleźć czas na pisanie bloga, ale czasem też i chęci, gdy skrzydeł brak... Jednak Mój Anioł czuwa...i choć dawno nie pisałam, wracam :-)

Z racji świąt, które właśnie mijają, chciałabym przestawić Wam tort. Ale nie, nie...! Nie tort makowy... ;-) Choć o tej porze roku i okoliczności wydawać by się mogło, że właśnie taki powinien być tort.

Ten, który ja chciałabym Wam zaproponować, pachnie.... cynamonem :-) Czyli, jak dla mnie, pachnie świętami!
Tort, który w mojej rodzinie pochłaniany jest w tempie błyskawicznym... Dzisiaj się zdziwiłam jak okazało się, że zniknął jako pierwszy przed sernikiem babci, który zawsze robił furorę!

Więc jestem dumna, że wszystkim smakuje, a najbardziej oczywiście, że smakuje moim dzieciom, które ostatnimi czasy bywają wybredne... ;-)


KARLSBARDZKI TORT CYNAMONOWY

składniki:
  • 30 dag masła
  • 30 dag cukru pudru (ew. cukru zwykłego czy też drobnego... jak kto lubi)
  • 6 żółtek
  • 10 dag gorzkiej czekolady
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 10 dag przesianej mąki
  • 1/2 torebki proszku do pieczenia
  • 6 białek
  • 30 dag migdałów w słupkach
  • 25 dag konfitury morelowej
  • 15 dag mlecznej czekolady (mi wystarcza zazwyczaj ok 5 dag czekolady)
Posiekaj gorzką czekoladę. Migdały upraż na suchej patelni. Ostudź, połącz z mąką i proszkiem do pieczenia. Utrzyj masło z cukrem pudrem. Nie przerywając ucierania, dodawaj kolejno żółtka, przesypując je cynamonem, potem gorzką czekoladę i migdały z mąką. Na koniec połącz ciasto z ubitymi białkami (pianę dodawaj porcjami, bo ciasto opadnie i najlepiej mieszaj w kierunku góra-dół). Napełnij tortownicę wyłożoną pergaminem, piecz godzinę w temp. 170-180°C. Wyjmij z formy, ostudź, posmaruj podgrzaną konfiturą. Wierzch i boki posyp grubymi wiórami mlecznej czekolady

W tym roku w ramach wariacji osobistych, tort posmarowany został konfiturą dynia + pomarańcza :) Pysznie....! Ale o tym przepisie (na kofiturę właśnie) będzie innym razem.
Tu właśnie ta konfitura na ciepłym jeszcze cieście :-)
Świąt u nas chyba nie może być bez tego właśnie ciacha....! Spróbujecie, a zrozumiecie..... :)
To ciasto pachnie, chrupie i smakuje..... wszystkim! Szczególnie Aniołom.... ;-)

Smacznego :-)




































ps. i jeszcze....


Anioły są wśród nas
spotykasz je co dzień.
Znajomą mają twarz
mijają mnie, mijają cię.
Anioły są wśród nas
spotykasz je co dzień.
Znajomą mają twarz
rozejrzyj się rozpoznasz je,
A rozpoznasz je…

Są ludzie jak Anioły
przychodzą wtedy gdy,
samotny za swym stołem
przełykasz ciche łzy.
I tylko jednym gestem
noc zmieniają w dzień
i czujesz że znów jesteś,
nadzieję przyniosły ci.
Nadzieję przyniosły ci.

Dopiero kiedy pójdą,
zaczyna świecić się,
to światło zostawione,
na serca dnie...

wtorek, 12 czerwca 2012

Popełniłam Tort...

No i do czego to doszło?!
Ja, osobiście i własnymi rękoma zrobiłam tort. A dokładniej - go popełniłam, bo co się w duszy naklęłam i denerwowałam w sposób widoczny i słyszalny, to tylko rodzina, no i z racji otwartych okien, może kilku sąsiadów i przechodnie wiedzą :)
Popełniłam, bo najpierw za dużo, a później za płynnie było. Generalnie przepisy TRZA CZYTAĆ DOKŁADNIE hehe
Na pewno trzeba przyznać, że zrobiłam. Poszczególne składniki smakują mi bardzo! Co do całości, wypowie się jutro kadra pracownicza.


A w ogóle po co mi ten tort...? Chyba dorastam :) i to na okrągło na dodatek!

W domu dwoje dzieci, które: biegają, krzyczą, plują, gryzą, biegają, krzyczą, jedzą, krzyczą i czasami śpią. Np. w tej chwili i od chwil dłuższych kilku.

Generalnie trzeba przyznać, że zaczyna być to dla mnie stan wyjątkowy. Stan ciszy. Spokoju.
Od kiedy pojawił się Pasażer na świecie, wszystko przestało być takie proste i oczywiste, nawet, a może w szczególności, prowadzenie bloga. Ostatnio dość trudne jest ogarnięcie prasowania... Ze cztery prania czekają w kolejce... Generalnie jakoś trudno mi ogarnąć to biegające i brudzące towarzystwo, żeby się nie powtarzać o krzyczeniu, gryzieniu i krzyczeniu...
Ale że zaczął się sezon przetworowy i pierwsze przetwory zawekowane, stwierdziłam, że najwyższy czas na nowy post.


To tak tytułem wstępu do mojego powrotu tu.

Trutu rutu. Tak mi się prawie zrymowało :D

Generalnie zmęczona bywam ostatnio i piszę czasami na duże skróty i dziwne sformułowania i przejęzyczenia się mnie trzymają, za co przepraszam, albo może nie. Bo czasem jest tak weselej. I może jak ktoś zauważy coś, to może będzie to znaczyć, że ktoś czyta coś? ;-)

Spokojnej nocy!

Jutro degustacja....


sobota, 26 marca 2011

lanolinka... :-)

Czekam i czekam... i nic!
Ależ mam pasażera... No ale niech mu będzie, niech siedzi tyle ile potrzebuje.
Póki co, matka-polka, jak starczy sił po ogarnięciu chałupki i przygotowaniu obiadu, wije gniazdo. Piorę małe ciuszki, prasuję, układam, przekładam... W sumie przemeblowanie w dwóch pokojach zrobiłam ;-) Oczywiście nie sama! P. został do tego celu mocno wykorzystany... :-)
A jak już przemeblowałam co mogłam, uprałam i wyprasowałam, to przyszedł czas na czynności "inne". Między innymi musiałam zająć się wełnianym kocykiem, który z racji bycia naturalnym, leżał sobie spokojnie pod prześcieradełkiem naszej Małej, dopóki ta nie odkryła jak pyszna jest hata - czyli herbatka z dzikiej róźy! Od tego momentu kocyk przeszedł wiele, by w końcu zostać doszczętnie zmoczonym...
I co tu począć?

Z racji ukochania chust i noszenia dzieci w chustach, choć jeszcze zbyt wielkiego doświadczenia nie mam w tym temacie (zmieni się to mam nadzieję diametralnie jak urodzi się Młody), wlazłam na forum chusty.info i zalęgłam się tam! Normalnie jak narkotyk :-) Znaleźć tam można poza toną informacji, przede wszystkim pozytywnie zakręconych ludzi, z którymi można wszystko o wszystkim.  Tam zgłębiłam drugi temat pieluchy wielorazowe, które kiedyś przemknęły przez moją świadomość, jednak bez odpowiedniej bazy danych przeszły bez echa... Poza tym Mała wylazła z pieluch i nie był temat niezbędny. Teraz się to zmienia, więc się wgłębiłam... Ale o tym kiedy indziej.
Na tym właśnie forum w temacie pieluch wielo, a dokładniej wełnianych otualczy na pieluchę, znalazłam informacje, że przemoczoną wełnę traktuje się kuracją lanolinową. Zgłębiając temat można odnaleźć informacje, że są gotowe produkty do przeprowadzenia tej kuracji do zakupienia najczęściej w necie albo w sklepach stacjonarnych, jednak tylko w większych miastach. My nad naszym morzem takowych sklepów nie posiadamy, więc szperałam dalej. Odnalazłam informację, że można do wspomnianej kuracji wykorzystać zwykłą lanolinę apteczną. Jednak i tu pojawia się problem, bo z tego co dziołchy pisały, to nie każda apteka jest chętna do sprzedania takiej zwykłej lanoliny wykorzystywanej w aptece do produkcji maści, mazideł i czego tam jeszcze... Ja na szczęście mam szczęście, że w mojej pobliskiej aptece, lanolinę dostaję bez problemu. Kosztuje grosze! Na prawdę :-) Za pojemność ok 1 łyżeczki zapłaciłam 1 zł + opakowanie :-) Tą porcję akurat potrzebowałam do czego innego, ale zużyłam na przedmiotową kurację. W ostateczności dowiedziałam się z forum, że firma Ziaja wypuściła maść w postaci czystej lanoliny. Tubka kosztuje niecałe 10zł, więc przypuszczam, że wychodzi podobnie.

Przechodząc do meritum. Sposobów na przeprowadzenie kuracji lanolinowej jest kilka. Ja wybrałam ten, który dla mnie wydawał się najprosztszy i najszybszy.

Otóz potrzebny jest:
 - GAR DO GOTOWANIA GACI ;-)  ja akurat nie gacie chciałam lanolinować, ale pozostańmy przy tym określeniu, bo z tym wiąże się wiele śmiesznych historii z forum, których nie będę przytaczać... hihi
- WODA zależnie od rozmiaru przedmiotu ok 1,5 litra lub więcej
- LANOLINA w ilości 1 łyżeczki na 1,5 litra (u mnie ta proporcja się sprawdziła i okazała się "w sam raz")
- SZARE MYDŁO do zabielenia "zupy".

Wodę doprowadzamy do wrzenia, wrzucamy lanolinę, która nam się ładnie rozpuści i utworzy pięknie "tłuste oko" na powierzchni. W celu rozprowadzenia oka na części najmniejsze, najdrobniejsze, niezauważalne wrzucamy szare mydło. I tu proporcji nie podam, bo ja wrzuciłam większy kawałek i gotowałam tę "zupę", aż ilość mydlin "rozpuściła" lanolinę.

Tak przygotowanym wywarem zalałam kocyk, uprany uprzednio w środku do prania wełny. Tak, tak. Zalałam wrzącą zupą. Jednak wełna, która ma trzymać wilgoć, podobno musi być zfilcowana... hihi
W moim przypadku kocyk pozostał w misce z zupą na całą noc, jednak wg przepisu potrzebuje tak leżakować ok 6 godzin, aby wełna dokładnie wchłonęła lanolinę.

Następnego dnia wypłukałam dokładnie kocyk w letniej wodzie i wywiesiłam do suszenia. Łapki miałam pięknie tłuściutkie, a kocyk po wyschnięciu jest w sam raz tłuściutki, aby nie przepuścić niespodziewanego siku :D ale też nie na tyle, żeby brudzić ;-)

Tyle na temat kuracji... a się napisałam! hihi :D

niedziela, 20 marca 2011

w oczekiwaniu...

Pewnego razu było dziecko gotowe, żeby się urodzić.
Więc któregoś dnia zapytało Boga:
- Mówią, że chcesz mnie jutro posłać na ziemię, ale jak ja mam tam żyć, skoro jestem takie małe i bezbronne?
- Spomiędzy wielu aniołów wybiorę jednego dla ciebie. On będzie na ciebie czekał i zaopiekuje się tobą. - Ale powiedz mi, tu w Niebie nie robiłem nic innego tylko śpiewałem i uśmiechałem się, to mi wystarczało, by być szczęśliwym?
- Twój anioł będzie ci śpiewał i będzie się także uśmiechał do ciebie każdego dnia. I będziesz czuł jego anielską miłość i będziesz szczęśliwy.

- A jak będę rozumiał, kiedy ludzie będą do mnie mówić, jeśli nie znam języka, którym posługują się ludzie?
- Twój anioł powie ci więcej pięknych i słodkich słów niż kiedykolwiek słyszałeś, i z wielką cierpliwością i troską będzie uczył Cię mówić.
- A co będę miał zrobić, kiedy będę chciał porozmawiać z Tobą?
- Twój anioł złoży twoje ręce i nauczy cię jak się modlić.

- Słyszałem, że na ziemi są też źli ludzie. Kto mnie ochroni?
- Twój anioł będzie cię chronić, nawet jeśli miałby ryzykować własnym życiem.

- Ale będę zawsze smutny, ponieważ nie będę Cię więcej widział.
- Twój anioł będzie wciąż mówił tobie o Mnie i nauczy cię, jak do mnie wrócić, chociaż ja i tak będę zawsze najbliżej ciebie.



W tym czasie w Niebie panował duży spokój, ale już dochodziły głosy z ziemi i Dziecię w pośpiechu cicho zapytało:
- O, Boże, jeśli już zaraz mam tam podążyć powiedz mi, proszę, imię mojego anioła.
- Imię twojego anioła nie ma znaczenia, będziesz do niego wołał "Mamusiu"...

poniedziałek, 28 lutego 2011

SYROPY

  Zaczęłam prowadzić bloga w celu podzielenia się zdobytą wiedzą "leczniczą" i nie tylko :) Ale od leczniczej powstał pomysł.
  Ponieważ od dawna korzystamy z wielu dobrodziejstw natury, nadszedł najwyższy czas, by podzielić się nimi!
  O cebuli pisała moja Kochana Mamuśka, więc nie będę powtarzać, tylko zapraszam do lektury do niej właśnie.
  Natomiast ja bardzo chętnie napiszę o syropie z czosnku! Wszyscy wiemy, że czosnek jest bakteriobójczy, doskonały w chorobie, ale obciąża wątrobę, więc dla maleńkich dzieci niekoniecznie wskazany...

 Ale jest na to sposób. W jednej z dziecięcych gazet jakiś czas temu, znalazłam przepis na SYROP/WINKO CZOSNKOWE i go zachowałam. Zrobiłam, jak Ania skończyła roczek, bo przeznaczony jest on dla dzieciaczków od roczku. Od tej pory stał się on naszym hiciorem w sezonie grypowym. Jest bogaty w witaminę C za sprawą cytryny i w czosnek oczywiście :-) Nie przepadam za sztucznymi witaminami i staram się jak najwięcej natury serwować maluchowi i nam. Ale wracając do syropku, oto przepis:

           - 12 ząbków czosnku - koniecznie Polskiego! najlepiej eko...
           - 2 cytryny
           - 0,5 l letniej wody
           - 3-4 łyżki stołowe miodu
          Czosnek rozgnieść, zalać sokiem z cytryn oraz ciepłą wodą.
          Miksturę odstawić na dobę.
         Po tym czasie odcedzić i dosłodzić miodem.
         Syropek przechowywać w zakorkowanej butelce w lodówce.
         Podawać dziecku po 1 łyżce stołowej po śniadaniu i kolacji.

Co do butelki, mogę polecić butelkę po piwie, np. grolschku :D Doskonale się do tego nadaje.
Syropek ratuje nas - zarówno Anię, jak i mnie ciężarówkę - nieustannie, ciągle i w kółko :-)  I odpukać, żadna większa choroba nas nie tyka, katary i lekkie kaszelki od niego się zdarzają, ale poza tym, nie dajemy się :-)

Idzie wiosna, mróz odpuści i znowu zaraza się rozprzestrzeniać będzie...
Życzymy zatem wszystkim dużo zdrowia!

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Królewski Nowy Rok :-)

Nowy rok trzeba zacząć szampańsko!
Ale jak!? Kiedy brzuchol coraz większy i rośnie i rośnie… J Niech on sobie rośnie, nie narzekam przecież. Sylwester był kulturalny przez duże „K” oczywiście, bo w teatrze spędzony, ale tu nie o tym. A co, w domu siedzieć nie będę J
Jednak w Nowy Rok wkroczyłam z nową energią i poza przemeblowaniami niektórymi, chciało mi się też działać na innych polach. A że działam ostatnio dużo kulinarnie, bo od dwóch już lat siedzę w domu (jak ten czas leci!!!!!!!!!), to na plan pierwszy poszło ciacho. Weekend długi, cosik słodkiego by się zdało na stół.
Temat SERNIK.
Ale rzecz to prosta nie jest, bo u nas w rodzince najlepszy i chyba jedyny przeze mnie tolerowany sernik piecze Babcia. Os zawsze. Na wszystkie imprezy, okoliczności i święta. Jeden. Niepowtarzalny, pyszny… ochy i achy!
Ale przecież ja tego ani takiego piec nie będę. Pogrzebałam więc w swoich karteluszkach, których mam chyba tysiące (w chomika się zmieniłam czy jak…?), i odnalazłam jakieś zapiski, notabene obok przepisu na wspomniany babciny sernik.
Sernik królewski. Ale, ale… To nie może być każdy sernik, bo nie toleruję jakimś trafem serników na spodach i z wierzchami (babcia tak nie robi!), ani z brzoskwiniami, ani z tymi gotowymi serkami do twarożków z gotowymi aromatami! Fuj! Dla mnie to wszystko nie tak, bo albo śmierdzi albo „wali” chemią. Jednym słowem wybredna bestia.
Ten na szczęście nie ma ani spodu, ani wierzchu, ani żadnych dodatków. Jedynie twaróg, żółtka, duuuuużo żółtek i coś tam jeszcze. Jaja, jak dla mnie, w cieście gwarantują, że ciacho będzie udane. Ten przepis, mam wrażenie, należy do tych „tradycyjnych”. To znaczy – będzie pyszny! I nie pomyliłam się :D
Sernik jest puchaty, leciutki, w smaku czuć jajeczka (oczywiście te od kurki, co nóżką po trawce grzebie!) i cytrynkę. Ani za słodki, ani za mało, ani za dużo wszystkiego itp. Idealny po prostu! No, KRÓLEWSKI!
Przepis jest następujący:
1 kg twarogu (ja użyłam półtłustego)
12 szt jaj
40 dkg cukru (dałam odrobinę mniej, bo nie chciałam, by był zbyt słodki)
2 opakowania cukru waniliowego
30 dkg masła
1 kopiasta łyżka mąki ziemniaczanej
skórka z cytryny
masło i bułka do wysmarowania formy

W przepisie są jeszcze rodzynki, ale ja za nimi w cieście nie przepadam. Za to dodałam migdały J Wzięłam trochę, bo tylko tyle ostało się w domu.

Kolejność sernika następująca:
1.    Twaróg zemleć dwa razy. Masło rozpuścić i ostudzić. Zetrzeć skórkę z umytej cytryny.
2.    Ubić 12 żółtek z cukrem. Dodawać stopniowo twaróg. Dodać stopione masło i łyżkę mąki. Na koniec dodać cukier waniliowy i migdały (rodzynki, skórkę z pomarańczy… co kto lubi J)
3.    Ubić pianę z 12 białek i delikatnie połączyć z masą serową.
4.    Całość przełożyć do wysmarowanej formy.
5.    Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 st.C i piec 45 minut.
Ostudzić i kroić dopiero po ostygnięciu!
Masy jest duuużoooo, wypełnia całą formę i w trakcie pieczenia delikatnie rośnie. Jednak później delikatnie opada.
Sernik jest delikatnie zrumieniony, puchaty, misiowaty chciałoby się powiedzieć!
P Y C H O T A!
Prawdziwie królewski początek roku!

PS. Niestety nie wpadłam na pomysł sfotografowania mojego dzieła, posiłkuję się zatem zdjęciami-gotowcami z interneta. Chciałabym pokazać jaki on ładny, rumiany, żółciutki… To zdjęcie najbardziej pasuje…

czwartek, 30 grudnia 2010

Pierwszy post…

Od czego zacząć…? Czuję się jakbym wpisywała pierwsze zdania w pamiętniku hihi W sumie blog, to taki swojego rodzaju pamiętnik, ale pisany inaczej. Nie do poduszki. Nie tylko dla siebie.
Nie mogę w tym wszystkim oprzeć się krążącej ciągle wokół świątecznej atmosferze…! Ach, można by  rzec „święta, święta i po świętach”, jednak nasze przygotowania tyle trwały, choinki stoją w naszych domach, śnieg za oknem jeszcze leży (bynajmniej u nas!), więc chciałabym podzielić się tą atmosferą.
Nasze tegoroczne święta były wyjątkowe… Chyba jak każde, od kiedy urodziła się nasza Córa. Tegoroczne dodatkowo z moim brzuchalem… Drugie w drodze! A jednak chciało mi się wiele, wiele, jednak udało się zrealizować niewiele L
Jednak mamy w domu wyjątkową choinkę, bo w większości ozdabiają ją własnoręcznie wykonane ozdoby. Pierniczki upieczone wg przepisu pobranego z programu Między Kuchnią a Salonem (dostępny na facebook’u w zakładce dyskusje tutaj), jeże wykonane przez nas w roku ubiegłym, uzbierane wspólnie na spacerze i ususzone w domu szyszki, umalowane na złoto, no i trochę kupnych drobiazgów.
Właśnie, nasza choinka pełna jest drobiazgów! I najpiękniej wygląda wieczorem, kiedy zapalone lampki ocieplają swoim blaskiem szaroburą (na zdjęciach) zieleń świerka :) No właśnie, zdjęcia nie oddają tego uroku. Ale co tam! Pokażę Wam naszą choinkę, bo jestem z niej dumna! Szczególnie jak na nią teraz tak patrzę… I jak patrzę, kiedy Córa robi po kolei „buju, buju”, to piernikowi, to szyszce, to aniołkowi… hihi!
















I jeszcze taka jedna rzecz, bez której nie mogłoby u nas być świąt… Choinka, którą mam w spadku po mojej kochanej babci… Choineczka z szyszek. Teraz pilnują ją dwa anioły ;)

Jako, że świątecznie się tu zrobiło, to aż chciałoby się zlożyć wszystkim świąteczne życzenia, a tu już po świętach... Nowy Rok za pasem! Zatem życzę, sobie również, by ten kolejny Rok był dobry, jak dobry może być świeży chleb... By przyniósł tylko takie wydarzenia, które bedziemy w stanie udźwignąć... i niech przyniesie dużo słońca, nie tylko tego na niebie, ale szczególnie tego odbijającego się w ludzkich twarzach!